• 25.09.2021Sobota 22
  • 25.09.2021Sobota 91
  • 25.09.2021Sobota 22
  • 25.09.2021Sobota 28
  • 26.09.2021Niedziela 12
  • 26.09.2021Niedziela 54
  • 26.09.2021Niedziela 62
  • 26.09.2021Niedziela 10

Marek Marcinkowski: Zdarzyło mi się oblać egzamin z przepisów

18.05.20Utworzono
/uploads/assets/2353/Constract - Ascana Jelcz.jpg
Na trawie biega z gwizdkiem już kilkanaście lat. W 2017 roku miał okazję sędziować mecze na Mistrzostwach Świata Żołnierzy w Omanie. Kiedyś zdarzyło mu się oblać egzamin z przepisów, ale ostro zabrał się do pracy i ciągle stara się rozwijać. Marek Marcinkowski jest zawodowym żołnierzem, więc zawsze dopiero po służbie łapie za gwizdek. Po krótkim rozbracie z parkietem niedawno wrócił do gwizdania futsalu. U arbitrów najbardziej ceni doświadczenie.

- Wiadomo, że prawie każdy marzył będąc dzieckiem o tym, żeby zostać piłkarzem. Jak to było w Pana przypadku? No i dlaczego akurat postanowił pan stanąć na boisku z gwizdkiem, a nie w samych korkach czy halówkach?

 

 

- Piłkę nożną trenowałem od 9 roku życia aż do pełnej dorosłości. Można powiedzieć, że do 18 urodzin byłem w treningu piłkarskim, ale przydarzyła się kontuzja łąkotki i trzeba było zmienić nieco swoje plany. Po namowach pewnej osoby postanowiłem spróbować swoich sił na boisku jako arbiter. W wieku 18 lat ukończyłem kurs sędziowski i na ten moment jestem bardzo szczęśliwy, że się na to zdecydowałem. Pamiętam, że do samego kursu byłem dobrze przygotowany fizycznie, ale przepisy gry, czyli tę sędziowską biblię, trzeba było dokładnie zgłębić. Piłkarze najczęściej znają jedynie zarys przepisów. Raz zdarzyło mi się nawet oblać egzamin z przepisów, a było to w drugim sezonie mojego sędziowania. Przyrzekłem sobie wtedy, że więcej razy już do tego nie dojdzie. Nadal zaglądam do naszej biblii regularnie i staram się być na bieżąco z nowymi interpretacjami. Sędziowie nie mogą sobie pozwolić na stanie w miejscu. Cały czas muszą się rozwijać i pracować nad sobą.

 

 

- Wielu arbitrów stara się łączyć przez pewien czas sędziowanie piłki nożnej i futsalu. Niektórzy odwlekają decyzję na co postawić. Pan skłania się bardziej ku piłce trawiastej czy jednak tej w hali?

 

 

- Futsalowym arbitrem można zostać tylko wtedy, kiedy ma się ukończony kurs na trawie. Nie ma żadnej innej drogi na skróty. Piłkę nożną sędziują od 2006 roku, natomiast z futsalem zetknąłem się po raz pierwszy dwa lata później, jako arbiter środowiskowy. Jednak po awansie na dużym boisku najpierw do IV ligi, a następnie do III ligi, zdecydowałem, że chcę się specjalizować w futbolu. W poprzedniej kampanii wróciłem do roli rozjemcy na parkiecie. Futsal to inna dyscyplina niż piłka nożna. Oczywiście, że można powiedzieć, że i tutaj są dwie bramki, piłka oraz zawodnicy popełniają przewinienia. Z drugiej strony już same przewinienia mają inną wagę na trawie i parkiecie. W futsalu każdy faul akumulowany ma swoją wagę ze względu na przedłużone rzuty karne.

 

 

- Różnic jest jednak więcej. Pan poprowadził już na trawie ponad 800 meczów. Co może zaskoczyć każdego arbitra, który dopiero przesiada się z futbolu na futsal?

 

 

- Warto zwrócić uwagę, że w futsalu inaczej wygląda praca zespołu sędziowskiego. Na trawie mamy jednego arbitra z gwizdkiem i dwóch asystentów z chorągiewkami, ale to do głównego sędziego należy ostateczna decyzja. Na parkiecie mamy pierwszego i drugiego arbitra, którzy muszą przez pełne 40 minut ze sobą współpracować. Zawsze bardzo ważną kwestią jest wypracowanie wspólnego pułapu odgwizdywania przewinień. Kolejną sprawą jest czas podejmowania decyzji. Na trawie ma się 2 czy 3 sekundy, żeby przemyśleć sprawę, puścić grę i poczekać na rozwój wypadków. W futsalu trzeba reagować bardzo szybko i dbać o płynność meczu. Ciekawie wygląda również zarządzanie zawodnikami. W piłce nożnej można coś czasem szepnąć zawodnikowi na ucho, wykorzystując krótką przerwę w grze. W hali komunikat musi być prosty i krótki, ponieważ wszystko dzieje się błyskawicznie.

 

 

- Nie jest tajemnicą, że bycie arbitrem często wiąże z pewnymi wyrzeczeniami. Trudno jest pogodzić na co dzień gwizdanie z pracą?

 

 

- Mecze najczęściej odbywają się w weekendy, więc jeżeli ktoś posiada rodzinę i dzieci, to musi mocno się nagimnastykować, żeby to wszystko pogodzić. Ja mam to szczęście, że jestem zawodowym żołnierzem, służę od poniedziałku do piątku od 7:30 do 15:30 i bardzo często mam sobotę i niedzielę wolną. W sędziowskich kuluarach często mówi się o tym, że żony czy narzeczone trzeba zawczasu odpowiednio nastawiać i liczyć na wyrozumiałość drugiej połówki. Wiele jest takich historii, że żona chce wyjechać na weekend w góry, a arbiter musi pojechać nad morze, ale poprowadzić zawody. Niedawno jeden z kursów odbywał się w Walentynki i wiele osób wracając z niego do domu szukało otwartej kwiaciarni. Trzeba sporo rozmawiać ze swoją rodziną, żeby to zrozumieli. Akurat ja nie mam z tym problemu, bo moja narzeczona wie, że sędziowanie jest moją pasją i bardzo wspiera mnie w jej realizacji.

 

 

- W 2017 roku miał pan okazję sędziować mecze podczas Mistrzostw Świata Żołnierzy, które były rozgrywane w Omanie. Jakie wspomnienia?

 

 

- Dla mnie to było spore wyróżnienie i przygoda życia. Mistrzostwa świata w Omanie zostały zorganizowane w pełni profesjonalnie. W wielu spotkaniach rozjemcami byli arbitrzy z uprawnieniami międzynarodowymi. Jedną z największych gwiazd był Benoit Millot, francuski arbiter, który na co dzień sędziuje najważniejsze starcia w Ligue 1. Miałem okazję sędziować mecz grupowy USA – Mali. W półfinałowym starciu Egipt – Oman powierzono mi rolę arbitra technicznego. To spotkanie oglądało na trybunach ponad 25 tysięcy widzów. Była relacja na żywo w telewizji. Ciągle się cieszę, że miałem okazję uczestniczyć w tym całym przedsięwzięciu. To było niesamowite doświadczenie, a wiadomo, że właśnie doświadczenia się nie kupi. Możliwość rozmowy, podglądania kolegów po gwizdku, w końcu wymiany doświadczeń – to wszystko są rzeczy nie do przecenienia.

 

 

- Jak długą i ciężką drogę trzeba przebyć, żeby gwizdać mecze w najwyższej klasie rozgrywkowej? Wystarczą same umiejętności, tężyzna fizyczna czy trzeba mieć też trochę szczęścia?

 

 

- Wychodzę z założenia, że w przygodzie z sędziowaniem nie można niczego planować. Trzeba skupić się na każdym, kolejnym meczu i dawać z siebie 100 procent. Wtedy jest szansa, że pojawi się sukces. Czasem można być w pełni skoncentrowanym, ale przychodzi taka jedna sytuacja, że nie da się wyjść z niej obronną ręką. Piłka nożna czy futsal, obydwie te dyscypliny są tak nieprzewidywalne, że czasem nawet z powtórki wideo nie wynika jasno, jaka decyzja powinna zostać podjęta. A przecież nie wszędzie jest okazja, żeby coś zweryfikować przy pomocy nowych technologii. Oczywiście szczęście się przydaje, ale wyżej jest przygotowanie fizyczne i mentalne. Czasem można dostać słabszą jedną ocenę za mecz i droga do awansu zamyka się na jakiś czas.

 

Zdjęcie: Archiwum prywatne